Blog Ancora – Restaurant

Blog Ancora Restaurant Szef kuchni bloguje. Adam Chrząstowski pisze o gotowaniu: swojej pracy i pasji

Zapowiedź świątecznych warsztatów – już wkrótce w Ancorze!

publikacja: 04.11.2008

Może się wydawać, że Święta jeszcze daleko, jednak w Ancorze już myślimy, co specjalnego przygotować z tej okazji…

Dzień wigilijny to czas tradycji – staramy się tego dnia przywołać uroczystą atmosferę ubierając choinkę, układając pod nią prezenty i przygotowując klasyczne postne dania. Dwanaście wigilijnych potraw potrafi być jednak nie lada wyzwaniem, nie mówiąc już o menu na pozostałe dwa dni świąt Bożego Narodzenia. Świąteczny uroczysty obiad z rodziną i bliskimi to idealna okazja do zaprezentowania nowych kulinarnych umiejętności. (więcej…)

Cena Czyni Cuda

publikacja: 21.10.2008

Wyobrażenia ludzi odnośnie relacji ceny do jakości bywają bardzo różne. O co mi chodzi? Opowiem na przykładzie.
Ancorowe wieczory winiarzy cieszą się powodzeniem niemal od pierwszego spotkania. Organizujemy je głównie ze względów promocyjnych – dla dobrego imienia restauracji, nie bacząc na mizerne w gruncie rzeczy z tego zarobki.
Co składa się na cenę za taki wieczór? Duża część tej kwoty zależy od warunków, jakie wynegocjuję u dostawcy wina. Czasami jest to duży rabat na wszystko, kiedy indziej jedno wino dostajemy za darmo, a za inne musimy zapłacić pełną cenę, jeszcze w innych przypadkach wszystkie wina kupujemy całkowicie normalnie. Koszty jedzenia i napoi – zawsze pierwszej jakości – Ancora pokrywa sama. Tymczasem docierają do mnie głosy, ze nasze wieczory winne są zbyt drogie.
Faktycznie, proponowane przeze mnie menu nie jest nigdy tanie. Nie podam nigdy kapusty z grzybami ani golonki, bez względu na to, czy komponować mogły by się te dania z którymś z win i jak duży byłby na nie popyt. Chodzi mi jednak o połączenie bardzo dobrych win z bardzo dobrym jedzeniem – a dobre nigdy nie będzie znaczy tanie. Nie każdy to rozumie.

Policzmy więc. Cena za najtańszy wieczór winny wynosiła 180 zł, za najdroższy – 280 zł. W tym są już napoje i pięć do sześciu potraw, a także wino. Łatwo policzyć, że 5-6 kieliszków wina, a to minimum, jakie wypija u nas tego wieczoru jedna osoba – to tak naprawdę cała butelka. Tymczasem cena katalogowa niektórych z podawanych przez nas trunków jest często znacznie wyższa – zwykle próbujemy win za ok. 400-600 zł.

Jeśli wiec ktoś upiera się, że wieczory winne w Ancorze są zbyt drogie, mam wrażenie że najzwyczajniej w świecie nie ma świadomości tego, co tak naprawdę je podczas tego spotkania i pije. Gdyby zamiast Gevrey Chambertina, które zamierzamy podać już wkrótce, otrzymał kieliszek Sofii, a sommelier odpowiednio rozpoetyzował jego opis – z pewnością nie zauważyłby różnicy. A różnica, jak przekonuje nas nie tylko reklama, znaczy bardzo wiele.

Zapraszam na warsztaty kulinarne OWOCE MORZA

publikacja: 03.10.2008

Owoce morza to absolutna czołówka wszystkich list afrodyzjaków. Niezwykle efektowne, są zarazem bardzo proste w przyrządzeniu. Trzeba tylko wiedzieć, jak zacząć…

Zapraszam wszystkich na warsztaty kulinarne „Owoce morza”, podczas których odkryję przed uczestnikami tajemnice przyrządzania dań z ryb, małży, krewetek, muli i ostryg. (więcej…)

Rezerwacje z wyprzedzeniem i chef’s table.

publikacja: 29.09.2008

No i stało się.

Żartujemy w Ancorze, że nareszcie weszliśmy na półkę tych restauracji gdzie rezerwację na stolik robi się z rocznym wyprzedzeniem… Otóż pierwszego września dostaliśmy email od pewnego obcokrajowca, który odwiedził nas dwukrotnie w ciągu zeszłego roku. Wraca do Polski – tym razem z narzeczoną – i chciałby zrobić koniecznie rezerwację na stolik, aby pokazać jej naszą restaurację. Wszystko to nie budziłoby zdziwienia gdyby nie data rezerwacji… 17 stycznia 2009! Pół roku do przodu!

Oczywiście obiecaliśmy mu chef’s table. Dla tych, którzy nie wiedzą, wyjaśnię – w naprawdę dobrych restauracjach chef’s table jest zwykle usytuowany w kuchni restauracji i przyjmuje się przy nim specjalnych gości czy VIPów – często serwując dania specjalnie dla nich ułożone, spoza karty, lub menu degustacyjne (o którym napisze w specjalnym poście). Czasem otrzymanie miejsca przy takim stoliku graniczy z cudem – w końcu zyskuje się wtedy „boską” uwagę szefa kuchni i widok na przygotowywane potrawy… W większości restauracji za takie miejsce trzeba słono zapłacić, istnieją też specjalne wymagania co do ilości gości czasu przybycia, sposobu zachowania.

W Ancorze kuchnia jest otwarta – praktycznie każdy może podejść zobaczyć jak przygotowuje się jego danie. Nie czyni to jednak stolików szefa mniej atrakcyjnymi – to osoby siedzące właśnie przy nich mają największy kontakt z kuchenną alchemią, a ja staram się tym specjalnym gościom zawsze poświecić jak najwięcej uwagi.

Bliskie spotkanie z porem

publikacja: 02.09.2008

http://www.goodness.co.uk/images/leek.jpg

Właściwego stosunku do dostawców nauczył mnie Kurt Scheller. Najkrócej mówiąc – uważam, że czasami nie zaszkodzi obić któregoś z nich pietruszką*. Wiem, to brzmi brutalnie – ale wyobraźcie sobie, że facet, u którego zamówiliście towar, dokładnie przed waszym nosem wnosi na zaplecze skrzynkę zgniłego pora. Spojrzenie Kurta na taką sytuację było jasne: możesz pozwolić sobie władować na samochód zgniłe warzywa, jednak nie licz na to, że szef kuchni zgodzi się je odebrać i spróbuje ugotować z nich coś smacznego!

Dostać zgniłym porem to nie jest przeżycie z gatunku miłych; pamięta się je z reguły dość długo. I tak właśnie reagują dostawcy – ci, którym trafiło się tego rodzaju spotkanie, zazwyczaj pamiętają, że do mojej kuchni zgniłe warzywa nie mają dostępu.

* Zupełnie na marginesie mówiąc, wypowiedź ta – której udzieliłem niegdyś Monice Kuci, piszącej dla Kurta Sshellera książkę „Kuchnia polska jakiej nie znacie” – została we Wprost przypisana samemu Kurtowi.

Boska pozycja szefa kuchni

publikacja: 25.08.2008

Szefowanie kuchni jest zawodem ekstremalnym. Pracowałem kiedyś w restauracji, w której wydawaliśmy 150 nakryć jednego wieczoru i wiem, jak morderczy może być w takich chwilach poziom stresu, walka z czasem, presja. Jednak to, co na telewizyjnym ekranie obserwuję np. u Gordona Ramsaya, wydaje mi się czystym szaleństwem, umiejętnie podkręcanym przez telewizyjną machiną.

źródło:

spillay.wordpress.com/2008/05/02/im-ok-with-gordon-ramsay-what-about-you/

Dyscyplina w kuchni jest bardzo ważna i każdy szef musi nauczyć się z tym dawać sobie radę. W mojej kuchni dyscyplinowanie zawsze odbywa się etapami. Najpierw jest normalna rozmowa, później – żart i sarkazm. Jeśli nadal nie udaje mi się ośmieszyć jakiś działań czy sytuacji, które uważam za nieodpowiednie – dochodzi do ostatecznej rozmowy. Ten etap przeżywam jednak rzadko – zazwyczaj do tego momentu osoba, z którą nie udaje się współpraca, sama zwija żagle. Nie rzucałem nigdy talerzami, nie używałem agresji – jeśli już, to wyłącznie w formie żartu: chcesz ze mną podyskutować? Poboksujmy się!

Nie mam najwyraźniej odruchów agresji, choć pracowałem z ludźmi, którym coś takiego nie było obce. W Sheratonie do dziś pokazuje się młodym kucharzom dziury w ścianie – pozostałość po tym, jak wkurzony do granic możliwości szef uderzał pięścią, by sie rozładować. Jestem jednak zdania, że nerwy niczego nie załatwią. I właśnie z tego powodu nie oglądam już „Hell’s Kitchen” – cenię i lubię Ramsaya, jednak bardziej wolę jego program „Kitchen’s Nightmare”. W reality show jest jedynie facetem, wydzierającym się na ludzi, którzy są do pracy w kuchni zupełnie nie przygotowani. Zastanawiam sie zawsze – czy Ramsay przed sfilmowaniem powiedział im, jakie są jego oczekiwania, jakie konkretnie będą ich role? Nie – inaczej przecież show stracił by swój magnes, a główny bohater telewizyjny urok szalejącego wariata. Ten program sprawdza się jako rozrywka, jednak z pracą w prawdziwej kuchni nie ma wiele wspólnego.

Rodzaj szefowania, jaki prezentuje w swym programie Ramsay, przypomina mi historię kolegi, który szukał kiedyś szefa zmiany. Dał ogłoszenie do prasy i wśród wielu zgłoszeń otrzymał też cv człowieka, który pracował wcześniej jako mechanik samochodowy – bez żadnego doświadczenia w gastronomii. Rozmawiając z nim, zapytał: jak pan sobie wyobraża pracę na tym stanowisku? – No wie pan, to jest tak – usłyszał w odpowiedzi. – Mam być szefem, tak? Ja lubię jeść i mnie pewne rzeczy smakują. Więc pan mi tylko powie, co ma być, a ja będę sprawdzał czy mnie to smakuje. Od reszty są przecież ludzie! Według mnie – fantastyczny, uzdolniony Gordon Ramsay w „Hell’s Kitchen” robi właśnie za takiego mechanika.

Uśpiony kelner, przyczajony pomywacz, czyli czytając Tony’ego Bourdaina

publikacja: 25.08.2008

Kilka razy w mojej karierze szefa kuchni zdarzyło mi się wybuchnąć. Nie często jednak, i zwykle takie zachowanie traktowałem jako własny błąd. Może obarczyłem kogoś zbyt dużą odpowiedzialnością, może źle wybrałem osobę z grona tych, które starały się o przyjęcie do pracy – pretensje powinienem mieć więc głównie do samego siebie.

Kiedy przed laty zaczynałem pracę w kuchni, jedno- czy dwuroczny staż w restauracji nie był nawet warty wpisania do zawodowego cv: oznaczał pomyłkę w wyborze, wstydliwą sprawę, którą należało ukryć. Dziś codziennie niemal spotykam kandydatów, którzy chwalą się miesięcznym zatrudnieniem w jakimś miejscu, a ich ogólny staż pracy to rok czy dwa. Taka sytuacja to z pewnością reakcja na ogólnie panujące relacje pracodawca-pracownik, na nieumiejętność czy niechęć wielu szefów kuchni do budowania zespołu. Ale to także efekt krótkodystansowego myślenia o zawodzie wielu kelnerów czy kuchennych pomocników.

Priorytetem do dorabiających w restauracjach studentów jest możliwość zarobienia na codzienne życie czy wieczorne wyjścia. Po zakończeniu studiów zamierzają zająć sie czymś innym, a swoją pracę traktują jako zło konieczne. I to niestety odbija się na ich pracy – niewielu tak naprawdę zainteresowanych jest tym, co znajduje się na talerzu, jak powstało danie czy z czym powinno być serwowane. Nie pogłębiają wiedzy o zawodzie, nie są nim zainteresowani, czasami na pierwszy rzut oka widać, że po prostu się męczą.

Nigdy nie byłem w Stanach Zjednoczonych, ale czytając właśnie wydane w Polsce „Kill Grill” nie mogę nie zastanawiać się, na ile prawdziwe są opisy szaleństw, jakie na zapleczu kuchennych restauracji przeżył autor tej książki, Anthony Bourdain. Pomijając jednak wszystko inne, widzę pomiędzy tym, co opisuje Tony a tym, co dzieje się w polskich restauracjach, podstawową różnicę. Tam wszyscy mieli parcie. Najbardziej na świecie zależało im, żeby zastąpić kogoś przy bardziej odpowiedzialnej pracy, podjąć się większego wyzwania. U nas tymczasem króluje myślenie: trafiła się robota kelnera, można zarobić więcej niż przy malowaniu ścian – będę to robić, ale nic więcej mnie nie interesuje.

Na grzyby, na lwy by…

publikacja: 31.07.2008

Rzadko sam wybieram się na grzyby, jednak ich smak cenię wyjątkowo. Za szczególnie pyszne uważam kurki: ten najlżejszy ze wszystkich dostępnych w Polsce grzybek daje kucharzowi naprawdę duże pole do popisu. (więcej…)

Czy bez bloga można żyć?

publikacja: 15.04.2008

Można, podobnie jak da się żyć bez doskonałego wina, widoku krakowskiego rynku, a nawet (!) bez prowadzenia własnej restauracji. Jednak jeśli lubi się ludzi, jeżeli z przyjemnością gotuje się dla nich i o jedzeniu opowiada, blog okazuje się wyjątkowo interesującą możliwością poznania innych pasjonatów smaków i kulinarnych kompozycji.

Być może jesteście stałym gośćmi Ancory. Być może dopiero będziemy mieli przyjemność się spotkać. Bez względu na to, mam ogromną nadzieję że mój blog pomoże spojrzeć na kuchnię nieco inaczej, niż dotychczas. Bardziej odważnie, a może z większą świadomością tradycji? Przekonajmy się. Miłej lektury!