S jak szparagi
publikacja: 24.04.2009
Idzie sezon na szparagi – już wkrótce pojawią się wszędzie: na targach, straganach, bazarkach. Ich widok to dla mnie przypieczętowanie nadejścia wiosny. (więcej…)
Blog Ancora Restaurant Szef kuchni bloguje. Adam Chrząstowski pisze o gotowaniu: swojej pracy i pasji
publikacja: 24.04.2009
Idzie sezon na szparagi – już wkrótce pojawią się wszędzie: na targach, straganach, bazarkach. Ich widok to dla mnie przypieczętowanie nadejścia wiosny. (więcej…)
publikacja: 17.03.2009

Czym zajmuje się kucharz po godzinach swojej pracy? Dobrze zgadujecie – gotowaniem. Ponieważ Kuchnia TV ogłosiła to już oficjalnie, więc i ja nie będę dłużej robił tajemnicy.
Od 5 kwietnia na antenie tej stacji rusza program „ADAM PO PRACY“, którego będę gospodarzem i głównym prowadzącym. Co ugotuję? Oczywiście dania z mojej ukochanej kuchni polskiej, zrobione „po mojemu”. Zapraszam do oglądania – w każdą niedzielę o godz. 14. 35!
publikacja: 03.03.2009
“- W PRL normą było jedzenie w stołówce. Restauracja była dla uprzywilejowanych.
- A szczytem szczęścia było osławione “szato”, czyli polędwica a la Chateaubriand i połówka kaczki wyluzowana z jabłkami, no i to kuriozum – śledź po japońsku. W kilku tak zwanych ekskluzywnych restauracjach w Warszawie dostaniemy to po dziś dzień…”
Wczoraj w Gazecie Wyborczej ukazała się moja rozmowa z Wojciechem Nowickim. Choć głównym tematem były dania postne – lżejsze, dietetyczne – ostatecznie zeszliśmy na kuchnię polską: tę dawną, dworską sprzed dziesiątków lat, i tę współczesną. Zapraszam do lektury – i podzielenia się własnymi spostrzeżeniami.

Na zdjęciu (www.carolinazanelli.it): chleb i ryba, tradycyjne potrawy postne znane przed wiekami
publikacja: 14.01.2009
W kulinarnym podsumowaniu roku, zamieszczonym w Gazecie Wyborczej przez Wojciecha Nowickiego, Ancora wymieniona została kilkakrotnie. Dziękujemy i obiecujemy starać się jeszcze bardziej :)
publikacja: 20.11.2008
„Quantum of Solace” święci tryumfy w kinach, a mnie redakcja miesięcznika Kuchnia poprosiła o przygotowanie przepisów na potrawy, jakimi z pewnością nie pogardziłby James Bond. (więcej…)
publikacja: 16.10.2008
Who is who krakowskich kulinariów: Joel Bastian
Kraków zyskał sobie nowego specjalistę od sztuki smaku: Joel Bastian, 26-letni sommelier z Strasburga, właśnie objął posadę maitre d’hotel w restauracji Ancora. Młody Francuz piastuje dwa stanowiska, które w Polsce nie są dobrze znane. (więcej…)
publikacja: 30.07.2008
Ancorę poleca Les Echos de Pologne – niezależny dwutygodnik francuskojęzyczny, wydawany w Polsce. Zapraszam do lektury. (więcej…)
publikacja: 22.05.2008
18.04.2008
“Rzecz nie tkwi w szczegółach. Rzecz w tym, że największą sztuką jest się do tego cholernego czerwonego Michelina dostać. Kiedy restauracja już tam wyląduje, to znaczy, że ma się czym pochwalić. Wydawca gwarantuje, że jakość jedzenia jest wysoka, a historia czerwonego wydawnictwa każe wydawcy wierzyć.”
publikacja: 28.04.2008
Ancora. Alchemia
Wojciech Nowicki, Gazeta Wyborcza
2007-07-26
To było jak w “Kronice zapowiedzianej śmierci”. Musiało się zdarzyć.
A większość uczestników wydarzeń wiedziała również, jaki będzie ich nieuchronny koniec.
Zaczęło się, ma się rozumieć, bardzo niewinnie, na Plantach. Wracałem właśnie z Akademii Muzycznej, gdzie przebywałem w sprawach niecierpiących zwłoki, kiedy nerwowo załaskotała mnie komóra. “Dzień dobry”, rzekł ciepły głos, “pan mnie nie zna”. Rzeczywiście, nie znałem. “Mam do pana taką nietypową sprawę”, ciągnął głos niezrażony, “mój dobry znajomy niedługo będzie otwierał restaurację w Krakowie, może się pan temu przyjrzy z bliska?”. Zapadła krępująca cisza, bo cóż odrzec nieznajomemu głosowi na podobną propozycję? Minęły miesiące, a potem ruszyła lawina: ktoś usłyszał, że otwarcie już blisko. Ktoś inny dowiedział się gdzie i bardzo niecierpliwie zaglądał do środka. A całkiem niedawno ktoś przyleciał zdyszany na męski wieczór (wspomnienia z młodości plus odrobina pijaństwa a la russe) i zaczął męczyć towarzystwo swą świeżo zdobytą wiedzą. “Nooo, ja właśnie tam byłem, w tej Ancorze, noo, co ja wam tu będę dużo gadał…”, po czym gadał bardzo dużo, roztaczał przed nami pawi ogon wiedzy tajemnej.
Po paru dniach poszedłem i ja. Ancora powstała w tym kawałku miasta, który zawieszony jest między kościołem a klasztorem, w kawałku, który uważam za swój. Tam po ulicy wybitej brukiem wyślizganym jak stara moneta jękliwie sunie tramwaj, a ulica zwęża się i zwęża. Przechodzień, kiedy usłyszy tramwaj za plecami, zwiewa przerażony, bo rozumie raptem, że jeszcze chwila, a wagon bezlitośnie wetrze go w mur. Ulica Dominikańska. Niby to centrum, ale jakoś i niecentrum jednocześnie. Stańcie kiedyś pośrodku ulicy, popatrzcie na plac przed wami. Słońce bije w ślepia, błyszczy na bruku jak na fasetach diamentu, ślizga się po szynach. A jak wam wyobraźnia dopisze, Czytelnicy drodzy, to za murem po prawej dostrzeżecie płytę Kallimacha u Domini Canes, a po lewej siostrzyczki pochrapujące w swoim ogrodzie na leżakach. No i jak tu nie pójść do knajpy w takim miejscu?
Kiedy weszliśmy, zmierzchało: pusto. Stoliki w idealnych rzędach, a na stolikach idealnie ułożone sztućce, idealnie wypolerowane kielichy, które drżą leciuchno, kiedy ulicą sunie tramwaj. Personel w gotowości.
Wnętrze Ancory otula stonowanymi kolorami, zaś karta wali z lekka obuchem i krzyczy: oto nadeszła godzina próby. Tu jest kuchnia autorska. W zasadzie nie wiesz, zagubiony Czytelniku, co dostaniesz do jedzenia, bo wszystko jest świeżo wymyślone albo zmyślnie przekręcone. Nie masz do czego przyrównać, nie masz się do czego odwołać, jesteś zdany na własne zmysły.
Najpierw na stole pojawiła się zupa: esencja z cielęciny z ziołowym omletem i pierożkami won ton z farszem z dróbek. Nazwa mówi właściwie wszystko. To bulion niezwykle esencjonalny, ciemny i słony. Lekkości przydają mu cieniutki, skrzący się na zielono omlecik, pokrojony w paseczki jak makaron, i pierożki won ton, zmyślnie zamknięte od góry licznymi fałdkami, delikatne, kruche niemal, o świeżym smaku. Ta zupa wzmacnia, daje ochotę na jeszcze. I owo jeszcze zdarza się już po chwili: risotto grzybowe z zielonym groszkiem i kotletem (no, kotlecikiem) z jagnięciny. Risotto zyskało moją sympatię od pierwszego wejrzenia, bo grzyby się w nim mnożyły, groszek zieleniał radośnie, bił zapach leśny i świeży, winno-musztardowy, uderzał aromat jagnięciny pomieszany z zapieczonym parmezanem, podniecał rozmaryn. O, ta kuchnia właśnie na tym polega: zupa tu przenosi daleko na Wschód, risotto jest już włosko-francuskie, nasze, judeochrześcijańskie. Taką drogę można przebyć w Ancorze od zupy do zakąski…
Na drugie wziąłem skrzydło płaszczki pod pistacjami, podane na spaghetti z selera z sosem maślano-cytrynowym i szafranowym purée ziemniaczanym (długaśne te nazwy…). Ach, ta kompozycja na talerzu! Żółto-żółtawa, poprzetykana zielenią, ze złocistym płatem ryby. Purée ziemniaczane cudnie wygląda, choć nie mam pewności, czy poza kolorem od szafranu na czymś zyskało. Płaszczce natomiast sos zaprawiony cytryną daje wiele, bo to mięso półprzezroczyste również w smaku, i takiego kontrapunktu z natury pożąda. Przycięty w makaron seler naciowy chrupie wesoło; obróbka nie uwydatnia jego intensywnego smaku, przygłusza go raczej – i bardzo dobrze, bo stonowany komponuje się lepiej. Dziobnąłem jeszcze pysznie różowych, wybornie delikatnych płatków “berberyjskiej kaczki” (dawno tak dobrej kaczki nie jadłem) z konfiturą z czarnej porzeczki. Dano oddech tej kaczce, bo i ciemny sos, i konfitura były w smaku eteryczne, kwaskowate, świetnie dopełniały mięso.
A tak nas to rozochociło, że rzuciliśmy się na desery. Na przykład czekoladowy suflet z serem pleśniowym… Na oko dziwaczne zestawienie – ale się sprawdza. Słodkie miesza się ze słonym jak we francuskim cieście, tłusty ser dodaje głębi dość płaskiej materii sufletu, a jest jeszcze konfitura z winogron, pikantna, bo zaprawiona papryczką chili. Sami widzicie, to nie jest domowy suflecik. To jest jego zaprzeczenie.
Bo w Ancorze czeka was wielkie próbowanie, kombinowanie, szukanie nowych zestawień. Autorska kuchnia (prowadzona przez pana Adama Chrząstowskiego) zmusza do wysiłku, do opowiedzenia się po którejś ze stron. Nie daje miejsca na obojętność – przez co jest kuchnią trochę od wielkiego dzwonu, raz na jakiś czas. Choć wiem, że wrócę tu z radością, żeby wysilić mózgownicę nad talerzem.
Czego wszystkim życzę.