Blog Ancora – Restaurant

Blog Ancora Restaurant Szef kuchni bloguje. Adam Chrząstowski pisze o gotowaniu: swojej pracy i pasji

Bałtycka klapa

stop

Moja wyprawa nad morze, która pod względem kulinarnym zapowiadała się obiecująco, skończyła sie wielkim rozczarowaniem. Zamówiłem dorsza sześć razy. Dostałem dorsza – tylko raz. Poza tym serwowano mi pangę, lub czarniaka… W kolejce po rybę dwa razy przy smażalni stałem 50 minut. Raz dostałem zamówioną porcję, raz zniechęcony i zdegustowany sam zrezygnowałem. Przez kilka dni pobytu spotkałem tylko jeden gatunek podawanej w knajpach, barach i restauracjach świeżej ryby – była to flądra. Słyszałem natomiast plotki, że tzw „wędzone ryby prosto z kutra” w rzeczywistości przeładunek miały w lokalnym Makro – „rybacy” wprost z kartonów przeładowują je swoje łodzie i wkładają do smażalni, co jest rozwiązaniem tańszym, szybszym i wygodniejszym niż połów i wędzarnia.

Z ust lokalnych restauratorów, właścicieli punktów gastronomicznych słyszałem: nie opłaca się. Dodatkowe wydatki: jeszcze jedna patelnia, frytura, jeszcze jedna osoba z obsługi – robią koszty, na których można oszczędzać. A sezon nad Bałtykiem jest krótki, trwa tylko dwa miesiące, i trzeba zarobić na cały następny rok życia. Dlatego wszyscy pracownicy są zatrudniani sezonowo – a więc niewykwalifikowani, nie znający się na swoim zajęciu, raczej na pewno źle opłacani, a przez to czasem pracujący tak, jakby uczestniczyli w strajku włoskim. Dlatego kolejki przed smażalnią wymagają nieraz ponad godzinnego oczekiwania – bo brak wystarczającej ilości sprzętu i wyposażenia.

Odniosłem wrażenie, że kulinarny pejzaż polskiego morza się uwstecznił. Po kilku latach kiełkującej nieśmiało nadziei wydawało się, że rzecz zmierza we właściwym kierunku. Tegoroczna konfrontacja z sopockimi smażalniami, knajpami i restauracjami całkowicie zabiła we mnie to poczucie.

Czy tak przejawia się kryzys gospodarczy? Nie do końca potrafię uwierzyć w to wyjaśnienie. Na Monciaku, w Gdańsku, Gdyni – dzikie tłumy, a każdy turysta za niezbyt świeżą porcję ryby, małe frytki i garść surówki gotów płacić 35-40 zł. Niemało. Te pieniądze można by zainwestować znacznie lepiej.

Żeby nie kończyć pesymistycznym tonem, polecam miejsce, które zasługuje na wyróżnienie. To sopockie MONO, położone przy ulicy Haffnera. Pozytywne, świeże, proste jedzenie, dobra obsługa – pozdrawiam niniejszym wszystkich z tego miejsca :)

Osobne pozdrowienia przesyłam dla Artura Moroza z Bulaja. Miałem ogromną ochotę odwiedzić go w jego restauracji, ale zasługuje na wizytę wieczorowa porą, na fajna długa kolacyjkę – a ja niestety tego roku miałem Openerowe obowiązki… Do zobaczenia!

dodajdo.com
Publikacja: 20.07.2009
Kategorie: Informacje, Kuchnia od kuchni, Podróże kulinarneKomentarzy (3)
Tagi: , ,

Komentarze do wpisu:

  1. :-) z dorszem to ściema, niestety lipiec to zdecydowanie nie pora na świeżego dorsza, ale skąd o tym mają wiedzieć nie związani z morzem?

  2. ha . ściema mówi Pan, Panie Adamie.. a ja znam historię gdzie w Królewskim Mieście Krakowie w ekologicznym sklepie Pan powiedział .. Marchewka będzie za pół godziny – po wyjściu klientki zamknął sklep i poszedł do warzywniaka niedalekiego, nabył marchewki 10 kg i już była ekologiczna w sklepie .. a co dopiero ryby z macro…
    niestety i mi wiara w zdrowe, dobre jedzenie .. ” opada” coraz bardziej .. pozdrawiam Ulla

  3. nie zupełnie.. takie smażalnie typowo sezonowe to faktycznie bardzo często wybuchowa mieszanka porażki z lipną loterią. Raz zdarzyło mi się nawet otrzymać kerguleny smażone z wnętrznościami, “zapach” po otwarciu niezapomniany :)) ale jest wiele typowych smażalni czy restauracji z tradycją a nawet czynne są one często cały rok i serwowane w takich przybytkach ryby są wręcz doskonale, nie można porównywać takiej ryby z tą z przeciętnej smażalni sezonowej. Mam taką ulubioną smażalnię w Kołobrzegu o nazwie Pirania (i pirania II) w których nigdy nie zawiodłem się choćby na surówce :) a w sezonówkach przeważnie nawet surówki są kupne i niejadalne z jakiegoś “ogórkiewicza” czy innej dziwnej firmy… Niestety jako, że wychowałem się w Kołobrzegu to znam najlepsze lokale w okolicy kilkudziesięciu km i wiem też, że na wczasowiczów pozastawiane są pułapki w postaci bardzo wielu smażalni właśnie typowo sezonowych z przypadkową obsługą, gdzie nikt jakością się nie przejmuje a klientom należałyby się odszkodowania.. chyba bez dobrego przewodnika ani rusz ale nie ma co uogólniać błędnych wyborów:)))

Dodaj komentarz:

Preview: