I po premierze
Pierwszy odcinek za mną, emocje opadły, posypały się recenzje. W większości dobre, jednak uczciwie muszę przyznać – nie byłem telewizyjnym prawiczkiem. Wcześniej nakręciłem „Akademię Kulinarna Kurta Schellera” – byłem współprowadzącym program. Niestety w identycznej konwencji był realizowany program Bożeny Dykiel, do którego zostałem zaproszony. Uczestniczyłem w nagraniu jednego odcinka, na kolejne nie miałem już ochoty. Wszystko robione bardzo szybko, gwiazdy zapraszane na kilkunastominutowe wizyty w studio – w efekcie całość przypomina bardziej relację z meczu bokserskiego, niż program o gotowaniu. „Adam po pracy” robiony był w znacznie lepszych warunkach.
Nagrywanie programu to ciężka praca. Cała seria powstała w ciągu trzech dni, a dokładnie w trakcie trzech popołudni i nocy. Zaczynaliśmy ok. godziny 17, kończyliśmy o 3-4 nad ranem. Najtrudniejsze było nakręcenie pierwszego odcinka. Wiadomo – ekipa dopiero się poznaje, wszyscy muszą się zgrać… Te kilkadziesiąt minut, które ostatecznie znalazły się w odcinku, kręciliśmy bardzo długo. Szyby były wyciemnione i kompletnie nie widziałem, co sie dzieje za oknem. Kiedy brakowało mi już sił, ekipa przekonywała mnie, że kręcimy dopiero trzecią godzinę. Dopiero na koniec zorientowałem się, że właśnie minęła dziewiąta godzina naszej pracy tego dnia… Przez resztę kręcenia wszyscy śmiali się ze mnie, że tak łatwo dałem się wkręcić. Zostałem prawdziwym mistrzem zmiany czasu.
Już po nagraniu całości ludzie zaczęli zwracać mi uwagę, że przed kamerą za mało się uśmiecham. W głowie mam najwyraźniej zakodowaną informację, że profesjonalista nie musi się mizdrzyć do kamery. Ale oglądając samego siebie widzę, że rzeczywiście – chyba lepiej sprawdziłbym się jako Gordon Ramsay, terroryzujący otoczenie groźną miną.
Moim priorytetowym celem w programie była kulinarna merytoryka. Jak samodzielnie uparować w domu mięso, jak wykorzystać profesjonalne techniki gotowania w warunkach domowych – takie informacje starałem się zawrzeć w komentarzu. Nie ma chyba polskiej produkcji, może poza programem Karola Okrasy i Pascala Brodnickiego, która byłaby merytorycznie dobra. Interesujący skądinąd Robert Makłowicz jest dziennikarzem, bardziej opowiada niż gotuje. „Smaczne-go”, w oryginale świetne, w Polsce nastawione było na pokazywanie gwiazd. Brakowało więc kogoś, kto umiałby gotować i byłby do tego przygotowany. Jak zawsze w mojej kuchni, także i w „Adamie po pracy” chodzi mi o odbudowanie drugiego nurtu naszej kuchni – nie chłopskiego, lecz mieszczańsko-szlacheckiego. Ze schabowym wiele już nie wymyślimy, a z combra z sarny czy z jelenia można zrobić wiele fajnych rzeczy.
Publikacja: 07.04.2009
Kategorie: Informacje, Kuchnia od kuchniKomentarzy (0)


Dodaj komentarz: