Szczytem szczęścia było “szato”…
“- W PRL normą było jedzenie w stołówce. Restauracja była dla uprzywilejowanych.
- A szczytem szczęścia było osławione “szato”, czyli polędwica a la Chateaubriand i połówka kaczki wyluzowana z jabłkami, no i to kuriozum – śledź po japońsku. W kilku tak zwanych ekskluzywnych restauracjach w Warszawie dostaniemy to po dziś dzień…”
Wczoraj w Gazecie Wyborczej ukazała się moja rozmowa z Wojciechem Nowickim. Choć głównym tematem były dania postne – lżejsze, dietetyczne – ostatecznie zeszliśmy na kuchnię polską: tę dawną, dworską sprzed dziesiątków lat, i tę współczesną. Zapraszam do lektury – i podzielenia się własnymi spostrzeżeniami.

Na zdjęciu (www.carolinazanelli.it): chleb i ryba, tradycyjne potrawy postne znane przed wiekami
Publikacja: 03.03.2009Kategorie: Informacje, O Ancorze napisaliKomentarzy (1)


Ciekawy artykuł, najbardziej podoba mi się rozróżnienie kuchni PRLu i kuchni staropolskiej. Szkoda mi ludzi pokolenia PRLu, którzy wychowali się w tym okresie.
Mamy robiły im schabowe i kapustę zasmażaną i to właśnie im się kojarzy z kuchnią domową, tradycyjną. I w sumie, to nie ich wina, że tak im się kojarzy. Z drugiej strony czy ten schabowy to takie zło wcielone? Kotlem a’la Milanese jest już ok? Nie demonizowałbym tego. Co ciekawe uważam, że w Polsce ludzie idąc do restauracji oczekują czegoś nie-domowego. Pamiętam kiedys jak zabrałem rodziców na niedzielny obiad do Aleglorii, okazało sie, że w niedzielę serwuje się brunch Polski, w menu zrazy, gołąbki i gulasz. Co o tym myśleć? To że w restauracji byli prawie sami obcokrajowcy i była prawie pełna.
Myślę, że niestety ale ta prawdziwa staropolska kuchnia zginęła bezpowrotnie. W sensie, że nigdy nie powróci w swej całej okazałości. Swoją drogą ciekawe kiedy w Polsce zjadało się więcej ostryg w IX czy XXI wieku ;)