Blog Ancora – Restaurant

Blog Ancora Restaurant Szef kuchni bloguje. Adam Chrząstowski pisze o gotowaniu: swojej pracy i pasji

Kulinarna podróż do Anglii cz. II

finedining

Krótko przypomnę – tuż przed przed otwarciem Ancory pojechałem w podróż kulinarną po Anglii. Kiedy wylądowałem w nadmorskiej restauracji Ricka Steina…

…w karcie oprócz dwóch pozycji (1 mięso, 1 wegetariańskie) i deserów, wszystko pochodziło z morza. Na początek genialna sałatka z homara i foie gras. Bardzo dobre sashimi z miejscowych ryb – nigdy nie myślałem, że świeża makrela może być taka pyszna. Fajne linguini z szyjkami rakowymi i zamówiony ponownie, dla porównania, lobster bisque, który mimo lepszej konsystencji okazał się nieco gorszy niż ten w Fish Works.

Jednak gdy w trakcie smakowania pierwszych dań unosiliśmy się gdzieś bardzo wysoko, nasi przyjaciele z obsługi skutecznie starali się nas sprowadzić z powrotem na ziemię, nie pamiętając, co kto zamówił, myląc sztućce, wszystkie napoje lejąc do jednego rodzaju szkła. Biegali po sali w pełnym chaosie, odpuszczając sobie nawet dolewanie napojów do pustych kieliszków. Próbowałem zwrócić ich uwagę, wystawioną z wiaderka z lodem pustą butelką po winie, co normalnie spowodowałoby propozycję nabycia następnej – gdzie tam.

Gdy w końcu wjechały główne dania, znów zaczęliśmy nurzać się w rozkoszy. Niebiański okoń morski z waniliowym sosem. Cudowny morszczuk, który do tej pory kojarzył mi się z kostką lub paluszkami rybnymi, teraz był śnieżno biały i puszysty. Wyśmienity filet turbota w prostym, ale za to jak wspaniale podkreślającym smak tej ryby, maślanym sosie.

Generalnie trzeba stwierdzić, że kucharz mający dostęp do tak megaświeżego (po drugiej stronie ulicy cumują kutry) produktu, wygrywa już na starcie i jest w stanie przesłonić wszystkie potknięcia swoich kolegów z obsługi, nijakie desery i nawet tę ohydną kawę, którą nas na koniec uraczono.

Następnego dnia mieliśmy szczęście do kolejnych przyjemnych doznań.

Szanowni Państwo!

Uroczyście oświadczam, że w mojej ocenie mistrzami świata w obsłudze gości jest zespół Restauracji Hotelu Summer Lodge z miejscowości Evershot!

Nie wiem, czy ludzie, o których teraz piszę, byli tak dobrymi aktorami, czy też ta praca sprawiała im tyle radości, ale efekt był taki, że od samego wejścia roztaczano wokół nas poczucie, że to my uszczęśliwiamy załogę restauracji swoim przybyciem.

A od początku było tak:

Przyjechaliśmy ponad pół godziny przed ustaloną rezerwacją, co obsługa przyjęła z radością zachęcając nas do odpoczynku na kanapach w klubowej części restauracji, wypicia aperitifu, spokojnego wyboru dań, oraz dobrania wina (w karcie mają ok. 2500 win – widziałem!), wszystko z pomocą barmana, kelnera i sommeliera. Od razu chcę tu zwrócić uwagę na to, że, mimo iż osób z obsługi było sporo, a restauracja pełna z racji niedzielnego obiadku, to ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że ktoś mi się narzuca, jest nadopiekuńczy, lub sterczy obok naprężony jak struna czyhając na każdy mój gest lub spojrzenie. Panowie krążyli w koło, mając cały czas coś do zrobienia, lecz jakoś tak im się składało, że zawsze pojawiali się w najodpowiedniejszym momencie, nie tylko by wymienić sztućce i przynieść kolejne danie, lecz jakimś psim swędem odgadywali wszystkie nasze życzenia, zanim zdążyliśmy je wyartykułować.

119704221

Gdy stół był już przygotowany, przeszliśmy do restauracji. Tutaj znowu wysokie loty. Pomyślcie sami ile znacie restauracji, w których zmienia się kieliszki stosownie do tego, z jakiego regionu pochodziła kolejna butelka czerwonego wina? W Polsce np. mało kto dekantuje wino, ale też rzadko jest co dekantować, jeśli w wielu polskich topowych restauracjach za równowartość 30-40 funtów (tyle płaciliśmy średnio za butelkę dobrego wina w Summer Lodge) sprzedaje się wina, które w hurcie kosztują 30 – 40 złotych. Nasz mówiący z francuskim akcentem (jak z resztą większość obsługi) somelier zdekantował z wielką gracją wszystkie 3 (każde inne) wina i do każdego podał inne w kształcie szkło.

Teraz o jedzeniu. Bardzo dobre udko kaczki comfit podane było na zimno z małą sałatą z nowalijek i genialnym coulisem z rabarbaru, pięknie wyserwowana z miedzianego rondla zupa pomidorowa i sałatka z kozim serem, zagościły na naszym stole na początek.

Ja zamówiłem okonia morskiego i dopiero, gdy zobaczyłem rybę na talerzu, zrozumiałem swój błąd. Powinienem był wiedzieć, że nic nie przebije świeżości ryby od Ricka Staina. Mimo że okoń był więcej niż poprawny, ale ja ciągle miałem w głowie i w sercu tamto doznanie z Padstow.

Wszystkich nas powalił na kolana pieczony udziec jagnięcy. Nie tyle przez swój bardzo dobry smak czy strukturę mięsa, co sposób podawania. Był on serwowany z podgrzewanego wózka. Kelner, ugniatając pieczeń lekko widelcem, był w stanie określić jak i w którym miejscu mięso jest wysmażone, by położyć na talerzu mięso dokładnie takie, jakie gość sobie życzy. Sztukę takiego wyczuwania pieczeni opanowało niewielu kucharzy, a u kelnera to ja jeszcze tego nie spotkałem. Później wszyscy rzuciliśmy się na wózek angielskich serów (nie mogłem uwierzyć, że Anglicy mają tyle gatunków sera), pięknie opisanych przez następnego kompetentnego kelnera i rewelacyjne dobrane do nich Barolo.

roastbeef

Na koniec świetna kawa, whisky, cygarko oraz błogość, błogość, błogość…..

Następnego dnia nastąpił nieuchronny powrót do domu, ale opisów lotniskowej gastronomii wszystkim oszczędzę, bo to historia na inny, na pewno nie tak pełen zachwytów tekst.

Podsumowując: szczerze polecam wpisanie Anglii na mapę kulinarnych wypraw. Nie tylko Francja, Toskania i Andaluzja nadają się na kulinarne wyprawy. Od jakiegoś czasu mamy też inne miejsca warte grzechu nie umiarkowania w jedzeniu i piciu. W moim przypadku ostatnio stała się to Anglia.

Ale tutaj nasuwa mi się myśl pałętająca mi się po głowie od samego początku mych kulinarnych podróży, (a turystą jestem takim, że gdziekolwiek bym nie trafił to najpierw zwiedzam miejscowe przybytki gastronomii a dopiero później katedry i pałace):

Dlaczego nie ma być tak w Polsce?

Mamy wielu kucharzy, którzy nie mają czego się wstydzić. Spróbujmy więc upichcić rodzaj naszej narodowej zupki, w której znajdą się najlepsze nasze produkty z lasów, jezior, rzek i sadów, przyprawione profesjonalizmem na światowym poziomie (a nie postgomułkowską sztampą) i niezłym marketingiem, a zaserwowanej w miejscach o takim potencjale turystyczno gastronomicznym jak np. Kraków czy Sopot (ten, niestety tylko sezonowo). Wtedy może ludziska odwiedzający nasz kraj będą mieli tak wspaniałe wspomnienia jak ja po pobycie w Anglii (a wcześniej paru innych miejscach) i to oni do swoich przyjaciół powiedzą, że „Polska została przeorana kulinarnie”. Bardzo bym tego chciał i obiecuję, że z całej duszy dążył będę.

dodajdo.com
Publikacja: 19.03.2009
Kategorie: Informacje, Kuchnia od kuchni, Podróże kulinarneKomentarzy (1)
Tagi: , , ,

Komentarze do wpisu:

  1. Dopiero teraz znalazlem ten artykol , troche boli.

Dodaj komentarz:

Preview: