Blog Ancora – Restaurant

Blog Ancora Restaurant Szef kuchni bloguje. Adam Chrząstowski pisze o gotowaniu: swojej pracy i pasji

Kulinarna podróż do Anglii – cz. 1

fishchips2

Mój przyjaciel Robert twierdzi (a jako smakosz i człowiek w świecie bywały, ma prawo w pewnych kwestiach autorytatywnie się wypowiadać), że „Anglia została kulinarnie przeorana”. Nie znaczy to bynajmniej, że przeorały ją czołgi barbarzyńców, lecz że jałową i skażoną nijakością glebę angielskiej gastronomii ktoś w końcu zaczął pozytywnie nawozić i z dużym powodzeniem uprawiać. Doszło do tego, że Anglicy otworzyli w końcu oczy na inne papu niż barani łeb w miętowym sosie, steak and kidney pie i fish & chips podane w gazecie. Wielka w tym rolę odegrała telewizja, która kreując kulinarne gwiazdy jak Jacques Pepin (francuska klasyka), Nigella Lawson (niedościgła pani domu), Rick Stein (owoce morza, o nim później), Jamie Oliver (coś dla luzaków), Gordon Ramsay (kulinarny tyran), oraz wielu innych, spowodowała, że FOOD IS TRENDY.

Jednocześnie stała się rzecz niesamowita – angielscy fascynacji pokroju Hestona Blumenthala podróżowali do Francji i z zapałem i cierpliwością średniowiecznych mnichów przez lata zgłębiali tamtejszą kulturę kulinarną, by następnie wrócić (oby tak było z naszymi kucharzami!) i tworzyć coś, co we Francji jest stylem życia, a co ja na swój prywatny użytek nazywam „kulinarnym zajobem”- w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niektórzy twierdzą, że zjawisko to wynikało z angielskiego kompleksu wobec Francuzów, ale tak naprawdę – kto w tej materii go nie ma?

Tak więc my też, na chwilę przed otwarciem naszej krakowskiej restauracji Ancora, udaliśmy się na wyspę, by zobaczyć jak też Angole z tym przeszczepianiem kultury gastronomicznej sobie radzą. Szukaliśmy nowych rozwiązań i odrobiny inspiracji dla naszego projektu i chcieliśmy zobaczyć to, co w naszym (tj. możliwym do zrealizowania w Polsce) segmencie najlepsze.

Kocham morze i wszystko, co z nim związane, więc nic dziwnego, że jako kucharz najlepiej czuję się gotując jego owoce. Cel narzucił się, więc sam, kulminacyjnym punktem podróży miała być wizyta u Ricka Steina w Padstow. Ja – w przeciwieństwie do wcześniej wymienionego Roberta – jakoś nigdy wcześniej do Anglii nie trafiłem, może dla tego, że kulinarnie najlepiej mi się nie kojarzyła. Ale OK, lecimy, z trudem wydarte 4 dni z codziennego zabiegania, by postawić stopy na brytyjskiej ziemi.

Po szalonej jeździe samochodem, gdzie na każdym zakręcie (jako pasażerowi siedzącemu na siedzeniu, gdzie dla mej mózgownicy powinien siedzieć kierowca) wydawało się, że wjeżdżamy w drogę „pod prąd”, wylądowaliśmy w supermarkecie. Chciałem sprawdzić, jakie szary Angol ma do wyboru produkty? Tutaj pierwszy szok, wszystko świeżutkie i umyte. Do wyboru produkty produkcji przemysłowej i organiczne. Żadne tam „czwarte życie kurczaka”. Piszę tylko o sprzedaży świeżych produktów, bo cała reszta jest raczej taka jak u nas, ale tego oceniać nie chcę, bo po prostu mnie to nie interesowało.

Wieczorem wybraliśmy się do knajpki z sieci restauracji Fish Works. Firma ma 12 restauracji rybnych w Anglii i 4 szkółki kulinarne, w których można nauczyć się gotować ryby i owoce morza. Ta, do której trafiliśmy w miejscowości Christchurch, miała fajną koncepcję. Cała witryna knajpki była wystawą świeżych ryb. Tylko dwóch kelnerów, reszta to kucharze, którzy przedstawią, wytłumaczą i zaproponują i przyrządzą rybkę w taki sposób, jaki życzy sobie gość – i tutaj pojawia się wiodąca teza niniejszego tekstu, czyli „świeża ryba obroni się sama“.

Podczas opisywanej kolacji przekonałem się o tym na własnej skórze. Poprosiłem o skrzydło płaszczki w sosie z brązowego masła z kaparami. Polega to na tym, że upieczoną i posypaną kaparami rybę polewa się zasmażonym na brązowo, wrzącym masłem, a kucharz chciał chyba przyspieszyć marskość mojej wątroby o dobre kilka lat, bo spalił masło na smołę. Zabrakło mu soku z cytryny, żeby zatrzymać proces palenia, ale mimo to sama ryba była doskonała. To było jednak na główne danie, a trzeba wspomnieć o starterach – mój lobster bisque, czyli zupka na wywarze z pancerza homara, był bardzo dobry w smaku, jednak trochę za bardzo wodnisty jak na zupę krem, a Roberta ostrygi obroniły się same. Innych dań naszego towarzystwa nie zapamiętałem, jednak pozostało przemiłe wrażenie, jakie zrobiła świeżość produktu na przyzwyczajonych do mrożonek Polakach. Minusem było to, że w knajpkach tego typu serwis kelnerski jest raczej sprawą drugorzędną, a dla nas potknięcia z tym związane rzutują jednak na ogólną ocenę miejsca. Może jednak to był też nasz błąd, bo, po co zamawiać takim miejscu lepsze wino, skoro nie można spodziewać się, że podadzą je nam w odpowiedniej temperaturze i w odpowiednim szkle. Złożyliśmy to jednak na to, że jesteśmy niszowym konsumentem i stwierdziliśmy zgodnie, że było bardzo miło.

Po wyjściu z kolacji nadal ostrzyliśmy sobie ząbki na wizytę w Padstow u Ricka Staina. Następnego dnia, zajeżdżając do miasteczka wielkości naszej Łeby, na każdym kroku trafiamy na oznaki jego lokalnego imperium. Restauracja Ricka Staina, Bistro R.S., Szkoła Gotowania R.S., Cafe RS, Patiseria RS, jego Fish & Chips, Hotel, sklep z pamiątkami i delikatesy. Wszędzie jego książki, koszulki, zapaski, płyty i nawet piwo honorujące występującego razem z nim w programie psa.

rick_stein1

Rick Stein, fot.: Andy Butterton/PA

Ponieważ była godzina 11, a rezerwację w restauracji mieliśmy na 14.30, postanowiliśmy wejść do Rick Stain Cafe, by się posilić. Dwaj wyluzowani i wyglądający jak muzycy z grupy Oasis kelnerzy nie byli niestety dla nas przychylni. Zjeść nic nie można było, bo „zbyt wcześnie”, herbatka i kawka „proszę bardzo”, ale już próba skosztowania „psiego” piwa spełzła na niczym bo (sic!) „alkohol podajemy tylko do konsumpcji“, której jeszcze nie ma bo jest od godz. 12. No normalnie Bareja lub raczej Monty Python się kłania.

Po ponad dwugodzinnym zwiedzaniu miasta i miejsc z holdingu RS, zawitaliśmy do restauracji RS o wszystko mówiącej nazwie Seafood. Gdy 1 ½ miesiąca wcześniej robiliśmy rezerwację, złapaliśmy chyba ostatni wolny o tej porze stolik, bo knajpa na około 100 miejsc wypełniona była po brzegi.

Zasiedliśmy do stolika, podano nam menu i od tego momentu nastąpił przekładaniec cudownych doznań smakowych i kelnerskiego nieprofesjonalizmu. Co działo się przy naszym stoliku – opowiem już wkrótce.

dodajdo.com
Publikacja: 10.03.2009
Kategorie: Kuchnia od kuchni, Podróże kulinarneKomentarzy (1)
Tagi: , , , , , , , ,

Komentarze do wpisu:

  1. Ja już troszkę przyzwyczaiłem się do tutejszych kelnerów. Pan kiedyś wcześniej opisywał, że podobnie jest w Polsce, że każdy tą pracę traktuję jako przejściową. I tak z pewnością jest. Wiele razy zdarza się, że przychodzi do mnie kelner z zamówieniem i nie wie co otrzyma, bo nie zna menu, nie zna naszych potraw, nigdy ich nawet nie próbował. To też oczywiście błąd managementu, który nie pracuje nad prezencją i wiedzą swoich pracowników, ale na to jak zwykle nie ma czasu, a jak wiadomo, czas to pieniądz.

    Zaopatrzenie sklepów na Wyspach faktycznie jest zdumiewające. Ja tutaj czuję się niezwykle swobodnie, wciąż odkrywam nowe smaki, eksperymentuję, nie wiem jak wiele jest takich osób w mojej miejscowości, która liczy około 8000 mieszkańców, ale dla mnie każdy nowo powstający sklep z żywnością orientalną jest wielką atrakcją. Już nie mówiąc o sklepach rybnych, które uwielbiam.

    Gorąco polecam Panu przy okazji wycieczkę do Dublina. Przedwczoraj wróciłem z całodziennej włóczęgi po mieście, tam jest w czym wybierać! Niestety nie starczyło mi już czasu by wstąpić na lunch do Thorntons’a.

Dodaj komentarz:

Preview: